SISTERHOOD


/teskt pierwotnie ukazał się w Antologii Teskstów Okołozlotowych "Latające Historie"/

Prawda jest taka, że dopiero uczę się czym jest prawdziwe siostrzeństwo. A w zasadzie uczyMY się wspólnie, bo takich poznających moc sisterhood’u kobiet jest więcej – zapewniam Was, spotykam je codziennie.

Mam jedną siostrę rodzoną, o 6 lat młodszą. Kocham ją tak, jak nie kocham nikogo innego; ani mamy, ani przyjaciółki, ani partnera. Ale czy to oznacza, że nasza relacja jest cukierkowa? Nie. Jest ona w jakiś sposób naznaczona historią rodziny, w której wyrosłyśmy. Kilka spraw musiałyśmy omówić, inne za obopólną zgodą przemilczeć, żeby dziś być tak zżyte, jak jesteśmy. Nie chcę się tu wdawać w szczegóły, bo wiadomo – każdy ma jakąś historię z dzieciństwa do opowiedzenia. Moja nie jest ani ciekawsza, ani ważniejsza od pozostałych. Na ten moment najważniejszy jest dla mnie fakt, że w naszej już dorosłej i dojrzałej relacji oferujemy sobie pełną akceptację odmienności, szacunek dla słabości oraz podziw dla tzw. „mocnych stron”, czymkolwiek są. Dziś nasze relacje są niewymuszone, partnerskie i myślę, że bardzo bliskie, choć wcale nie intensywne. A najważniejsze jest dla mnie chyba to, że nauczyłam się czerpać oparcie z obecności siostry, ufać w jej dojrzałość i przyznać, że czasem to ona może wiedzieć coś lepiej, choć jest młodsza. Zajęło mi to trochę czasu…

I gdyby tu się kończyła cała historia o mojej drodze do dojrzałego siostrzeństwa, to bym uznała, że – no cóż – relacja jakich wiele. Każdy, kto ma rodzeństwo, ma swoją historię do opowiedzenia. Jednak coś bardzo ważnego wydarzyło się w moim życiu rok temu i odkąd TO się stało, czuję się jakby mi ktoś zdjął worek z głowy i pokazał świat. Otóż zaczęłam pracować z kobietami. Pracuję z ich ciałami, prowadzę nietypowe zajęcia ruchowe – trening mięśni dna miednicy. Oznacza to, że na sali mam panie na każdym etapie życia: młode instruktorki różnych dyscyplin – piękne i smukłe, silne i wiotkie; kobiety przygotowujące się do ciąży, często już od dawna, bywa że smutne, sfrustrowane, złe na własne ciało, że nie mogą w nią zajść; kobiety w ciąży – pełne, okrągłe, niektóre spokojne, inne przestraszone i czujące opór do ich zmieniających się ciał („nikt mi nie powiedział, że będę się tak czuć/wyglądać!”), kobiety po porodzie, młode matki – niektóre emanujące spokojem, pachnące mlekiem, przywodzące mi na myśl Matkę Ziemię, inne z traumą poporodową, nadużyte na porodówce, okaleczone dosłownie lub w przenośni, cierpiące na nietrzymanie moczu, obniżenie narządów, niemogące współżyć z partnerem, zostawione same sobie; kobiety w kwiecie wieku, z odchowanymi dziećmi, czujące, że w końcu „czas zrobić coś dla siebie”, przywodzące mi na myśl własną mamę; kobiety w trakcie lub po menopauzie, często przekonane przez lekarzy (sic!), że ich „kobiece problemy” to norma, że czeka je operacja podwieszenia narządów miednicy, bo „czego się spodziewają w tym wieku i po tylu porodach”.

Zapewniam Was, że nawet w najśmielszych snach rok temu nie przypuszczałam jaką jakość może dać gimnastyka w gronie tak różnych kobiet. Ile możemy nawzajem sobie dawać i od siebie brać, w zasadzie bez końca czerpać z własnego doświadczenia. Ile uczymy się pokory, ale i szacunku do własnych ciał. Ile historii możemy sobie opowiedzieć. A są to historie do cna kobiece – o matkach, które mówiły „wciągaj brzuch, bo jesteś gruba” i te wciągnięte brzuchy sprawiają, że wszystkie organy w środku są jak zaciśnięta pięść, że miesiączki są bolesne, oddech płytki, a gardło zaciśnięte. Historie o zaburzeniach odżywiania, o braku orgazmów, o niechęci do miesiączki, o braku poczucia własnego ciała poniżej pasa. Ale to jest też głośny śmiech, czasem wywołany sprośnymi żartami, a czasem płacz ze wzruszenia i słowa „pierwszy raz z czułością dotykam swojego brzucha”. To są kobiety przyprowadzające swoje siostry rodzone lub duchowe, mamy oraz babcie(!)

I im dłużej robię to, co robię, tym bardziej czuję, że wsparcie innych kobiet jest czymś, co może poprawić jakość naszego życia. Kiedy słucham z jaką czułością i akceptacją panie zaczynają się do siebie zwracać w szatni przed lub po zajęciach, wzruszam się. Nigdy nie chciałabym napędzać w nich rywalizacji i współzawodnictwa („o, już czuję swoje mięśnie dna miednicy i mogę robić więcej powtórzeń ćwiczenia niż one”), nie chciałabym by się wzajemnie oceniały, strofowały, obśmiewały za plecami, a każda z nas, która kiedykolwiek poszła na fitness/siłownię/plażę/saunę wie, że takie rzeczy niestety się zdarzają.. Ja z kolei przy „moich paniach”, jak je z czułością nazywam, uczę się pokory, cierpliwości, umiejętności mówienia, że czegoś nie wiem, nie umiem, że zanim odpowiem na pytanie skonsultuje się z kimś, kto ma większą wiedzę, że też miewam gorszy dzień, też czasem mnie boli.
I widzę, że to działa! Że taka szczerość nas zbliża, a nie oddala. Uczę się szacunku do ich decyzji, choć nie wszystkie rozumiem, no bo czemu któraś z pań zdecydowała się na trzecią ciążę wiedząc jak źle zniosła dwie poprzednie? Jako kobieta, która z wyboru nie ma i nie planuje dzieci kiedyś łapałabym się za głowę. Dziś wiem, że nie mi oceniać, bo mogę nigdy nie pojąć czyichś motywów działania.

Dziś, zanim pozwolę sobie na ocenę wyglądu/zachowania/sposobu ubioru/mówienia obcych kobiet na ulicy zawsze mówię sobie „nie znasz jej, nie wiesz czemu postanowiła ubrać się tak, że biust ma na wierzchu, niebotyczne szpilki, mocny makijaż i głośno rozmawia przeklinając przez telefon w autobusie. Ktoś jej kiedyś powiedział, że tego chcą faceci, a inne kobiety będą jej zazdrościć. Ktoś jej kiedyś wmówił, że intelekt nie jest wartością u kobiety, że jest nią wygląd i seksualna dostępność. Nic o niej nie wiesz, więc nie oceniaj”.

Oczywiście, że wciąż się łapię na starych odruchach – nie jestem święta i nie wyzbyłam się cech, z których nie jestem dumna. Zdarza mi się oceniać, irytować, wywracać oczami mówiąc pod nosem „oesuuu”. Zdarza mi się udawać mądrzejsza/silniejszą/sprawniejszą niż jestem, bo jestem tyko człowiekiem i mam swoje kompleksy, gorsze dni, przykre doświadczenia, lęki lub po prostu niefajne cechy charakteru. Ale nauczyłam się mówić o tym innym kobietom i poczułam, że nie ma bardziej uwalniającej rzeczy niż zrzucenie z siebie masek z makijażu, wypchanych staników, butów na obcasie, farbowanych włosów i sztucznego uśmiechu gdy mam takiego doła, że aż boli mnie ciało. A gdy się powie to wszystko na głos, to nagle się okazuje, że NIE JESTEŚ W TYM SAMA. ŻE WSZSYTKIE „TAM” BYŁYŚMY I PRZERABIAŁYŚMY TE SAME TRUDNE EMOCJE.

Teraz staram się uczyć tego samego swoje gimnazjalistki (od 12 lat uczę w szkole edukacji seksualnej) i wdrażam im pojęcie sisterhood’u. Widzę, że powoli, powolutku coś rusza w ich głowach i emocjach. Tłumaczę im, że tylko wsparcie innych kobiet może sprawić, że będą niezniszczalne i nieprzemakalne na te głupoty, które im serwują massmedia. Na te ciała potraktowane photoshop’em, na tę wizję seksualności sprzedawaną przez pornografię, na seksistowskie żarty i zaczepki ze strony chłopców/mężczyzn. Niestety wciąż brakuje mi ich solidarności. Widzę, że często zamiast się wspierać, same rzucają sobie kłody pod nogi i okrutnie oceniają. A czy my nie znamy tego ze swojego dorosłego życia? Czy to nie kobieta najokrutniej oceni drugą kobietę jako złą matkę? Wytknie śladowe ilości fałdek na brzuchu, skomentuje życie prywatne – ba – nawet seksualne? A pod artykułem w Internecie o zgwałconej przez kolegów na imprezie napisze „to po co się tam pakowała, głupia i niepoważna, chciała to ma”.

Tak, to co piszę nie jest miłe, ale zastanówmy się ile razy zamiast podać rękę drugiej kobiecie, odwróciłyśmy się od niej plecami. Ja się do tego przyznaję, dlatego zaczęłam ten tekst od wyznania, że wciąż się uczę siły i znaczenia sisterhood’u i robię co w mojej mocy, żeby wychować nowe pokolenie młodych kobiet – moich nastoletnich uczennic. Przy każdej okazji mówię im, że gdy kobiety się wspierają, niesamowite i pięknie rzeczy zaczynają się dziać, bo to jest powrót do natury, do własnego ciała i do słuchania intuicji. Taki powrót do domu. Ja wciąż jestem w drodze do tego „domu”. A pisząc to czuję, że zrobiłam sporo kroków we właściwym kierunku.