O GRANICACH CIAŁA


Kwestią, która mnie ostatnio nurtuje na nowo (bo w swojej poprzedniej pracy jako pedagożka szkolna i nauczycielka wychowania do życia w rodzinie też dużo o tym myślałam) jest sprawa (nie)szanowania oraz (nie)uznawania granic ciała dziecka.

Pamiętam bardzo dobrze, że rodzice moich uczniów i uczennic często skarżyli się, że ich dzieci są „całkowicie nieasertywne”. Towarzyszyło temu zwykle zatroskane kręcenie głową i zbolała mina. Brak asertywności ich nastoletnich dzieci z reguły objawiał się „robieniem głupot tylko dlatego, że inni je robią”, „nieumiejętnością odmawiania” (np. alkoholu), „nieumiejętnością mówienia, że na coś się nie godzą” (np. dziewczyny, które nie potrafią powiedzieć chłopakowi, że nie są gotowe na związek/seks).

Zawsze mnie wtedy nurtowało pytanie W JAKI SPOSÓB CI RODZICE WYCHOWYWALI SWOJE DZIECI DO ASERTYWNOŚCI? Innymi słowy – jak często faktycznie, gdy dzieciaki były małe, rodzice sami pilnowali by nie przekroczyć granic ciała ani emocji swoich dzieci.

  • czy nie wmuszali w nie jedzenia?
  • czy pukali wchodząc do ich pokoju/łazienki?
  • czy nie brali na siłę na ręce?
  • czy nie kazali przytulać cioci/wujka…
  • … dać buziaka babci/dziadkowi (bo będzie im przykro)?
  • podzielić się zabawkami z dziećmi?
  • przepraszać/godzić się na siłę z rodzeństwem?
  • czy nie czytali ich korespondencji/pamiętników? I wiele, wiele innych.

Zakładam, że większość z powyższych przeżyłyśmy jako dzieci prawie wszystkie. Są psychologowie, którzy całe dzieciństwo nazywają jednym wielkim przymusem do szeregu czynności, do których dziś, jako dorośli, byśmy się nie zmusili.

A może się mylę? Może właśnie jako dorośli też zmuszamy się do wielu rzeczy „żeby było miło”, a potem ewentualnie odreagowujemy na swój sposób. Np. po powrocie od rodziców boli nas głowa (bo mama znów ugotowała jedzenia jak dla wojska, choć mówiłyśmy jej, że my tylko na chwile i żeby nie stała przy garach cały dzień, a ona płaczliwym tonem pytała „to dla kogo ja to wszystko robię?”), imprezy rodzinne z wujkami i ciotkami przyprawiają nas o gęsią skórkę (bo zmuszamy się do uśmiechu, gdy kolejni wujowie pytają o męża i dzieci), nie umiemy delegować obowiązków w pracy (bo przecież „zrobimy to najlepiej”, a zapłatą będzie promienny uśmiech kolegi), ani odmawiać szefowi, gdy obarcza nas nie naszymi zadaniami (wiadomo, rynek pracy jest krwiożerczy). Jesteśmy miłe tak długo aż nam to wyjdzie uszami, albo…. ciałem. A dokładnie rzecz ujmując jakąś naszą achillesową piętą.

Stawiam tu odważną tezę, że po prostu nie nauczono nas w dzieciństwie bycia asertywnymi. Więc nie wiedziałyśmy jak odmawiać gdy byłyśmy nastolatami i nie wiemy teraz! Na dodatek, zupełnie bezrefleksyjnie, podajemy dalej niektóre zachowania wychowując własne dzieci. A może warto wyjaśnić swoim dzieciom, że kiedy nie mają ochoty, to nie muszą pozwalać by ktokolwiek (nawet członek rodziny) je dotykał. Nasze ciało od małego należy do nas i nie musimy godzić się na niechciany kontakt fizyczny, czy to jako 4-latki czy 40-latki.

Może warto nauczyć dzieci, że dzielenie się z innymi owszem jest miłe i dobrze widziane, ale nic na siłę. Jeśli dziecko nie chce dać na podwórku obcej dziewczynce zabawki, to go nie zmuszajmy. My też nie rozdajemy swoich rzeczy na prawo i lewo i chciałybyśmy umieć odmówić bez wyrzutów sumienia, gdy ktoś chce pożyczyć od nas kasę lub ulubioną sukienkę, o którą się martwimy, że wróci poplamiona. Jeśli nikt nas nie nauczył stawiania zdrowych granic w dzieciństwie, jest nam strasznie trudno nauczyć się tego w życiu dorosłym.

A co z godzeniem się z kimś na siłę, po to tylko, żeby mieć święty spokój, ale bez rzeczowego wyjaśnienia powodów sporu? Zostajemy z niedokończoną sprawą i niesmakiem, a często i poczuciem niesprawiedliwości. Czy nie przypomina Wam to godzenia się na siłę z rodzeństwem („no podaj mu już rękę, przeproście się i idźcie się bawić”)?

Odkąd pracuję z ciałem widzę też dużo dramatyczniejsze konsekwencje łamania granic ciała w dzieciństwie.

  • chronicznie zaciśnięte szczęki i gardło często u kobiet, które albo były zmuszane do jedzenia („nie odejdziesz od stołu póki nie zjesz”), albo pozbawiane głosu i karanie za wyrażanie złości oraz własnych potrzeb w domu.
  • chroniczne napięcie zwieracza zewnętrznego odbytu u kobiet, których rodzice nigdy nie pukali do łazienki i potrafili do niej wpaść podczas tak intymnej czynności jak defekacja. U kobiet, których trening czystości przebiegł gwałtownie z jasną informacją od matki, że wszystko, co poniżej pasa (wraz z naturalnymi wydzielinami) jest obrzydliwe.
  • bóle brzucha i kłopoty z osiągnięciem orgazmu u kobiet, których seksualność i dorastanie były negowane lub za które były wręcz karane (dantejskie sceny, gdy dziewczyna została złapana na masturbacji).
  • kłopoty z przeżywaniem bliskości i kontaktem fizycznym u kobiet wiecznie zmuszanych do przytulania, całowania, siadania na kolana. Niestety niektóre z tych historii przerodziły się w regularne nadużycie seksualne ze strony kogoś z rodziny lub przyjaciół rodziców…

Ostatnio na zajęciach pracowałyśmy w parach masując się. Dla mnie podczas tej pracy z Wami najważniejsze były dwie sprawy:

  1. Nie musisz brać udziału z masażu. Jeśli czujesz, że to przekracza Twoje granice i nie lubisz dotyku powiedz bez wyrzutów sumienia i nie zmuszaj się – ja Cię zastąpię w parze.
  2. To osoby masujące mają najpierw usiąść wygodnie i zadbać o swój komfort „pracy”, a masowane ustawić się tak, żeby masującym było dobrze.

Dleczego? Bo nie dasz nic z siebie innym, póki nie zadbasz o własny komfort. Z pustego nie nalejesz. Dbaj o siebie bez wyrzutów sumienia.