Depresja poporodowa


Zapraszam Was do lektury pierwszego gościnnego wpisu na ważny, wciąż stabuizowany, temat jakim jest depresja poporodowa. Na końcu znajdziecie przydatny link. Pamiętajcie - karmiąc piersią możecie brać leki antydepresyjne. Oddaję głos jednej z wielu kobiet, które na szczęście dostały trafną diagnozę i są w trakcie leczenia.


Zaczynając od początku (choć pamiętam to wszystko jak przez mgłę) - po porodzie mój synek był ze mną kilka chwil, ale naprawdę najcudowniejszych pod słońcem, tak, że mam łzy w oczach, kiedy to piszę. Musiał dostać antybiotyk ze względu na długi poród i drobne komplikacje.

To nic. Po kilku godzinach znów byliśmy razem. Położna pomogła mi przystawić synka do piersi. Chyba się udało. Trochę bolało, ale to naprawdę nie miało znaczenia. Karmiłam własne dziecko. Kosmos.

Było pięknie do trzeciej doby, kiedy podczas obchodu pediatrycznego usłyszałam: „za dużo stracił, musimy go dokarmić". Ale jak to? Dokarmić? Moje dziecko? Nie. Przecież miałam karmić piersią. Wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy. Czytałam o tym setki razy, kiedy jeszcze byłam w ciąży. Łzy ciekły mi strumieniami. To chyba było poczucie porażki. I bezsilność. Może mogłam odmówić. Nie wiem już teraz. To chyba wtedy moje samopoczucie znacznie się pogorszyło. Dokarmiałam syna, odciągałam pokarm, karmiłam piersią. I tak przez równy miesiąc od porodu. Miałam wrażenie, że całe moje życie kręci się wokół tego karmienia, dokarmiania, odciągania mleka... Nie chciałam tego robić. Czułam wewnętrzny sprzeciw. Nienawidziłam tego. Nienawidziłam chyba wtedy też siebie. A w pewnym momencie również mojego dziecka... Chciałam zniknąć. Po prostu. Wyjść z domu i nie wrócić. Nikt nie chciał mi w to uwierzyć. Z każdej strony słyszałam, że to baby blues, że minie. Albo że powinnam się wziąć w garść. Nie umiałam. Czułam, że to nie jest baby blues. Nie było już lepszych momentów. Było tylko gorzej.

Kiedy odwiedziła nas doradczyni laktacyjna, byłam tak zmęczona, że zasypiałam na stojąco. Miałam dość starania się o wyłączne karmienie piersią. A jednocześnie nie chciałam podawać sztucznego mleka. Miałam dość laktatora. Budziłam się w środku nocy i czułam, że ja już nie chcę tego całego karmienia piersią. Czułam też, że nie chcę dziecka. Mam dość mojego życia. Że chcę zniknąć. Po prostu. Nawet miałam plan. Tylko jakoś nie umiałam go wcielić w życie.

Ja, dotąd zorganizowana, działająca z planem, no po prostu taka, której udaje się wszystko, do czego się nie dotknie, nagle mam problem z ugotowaniem obiadu, umyciem się, a nawet zrobieniem herbaty. To wszystko mnie przerosło. I kiedy już mój mąż i osoby z bliskiego otoczenia poczuły, że nie żartuję, że nie wyolbrzymiam, że naprawdę mam ochotę zrobić sobie krzywdę, trafiłam do psychiatry. Po drodze był jeszcze psycholog, ale przed nim chyba trochę udawałam, że to baby blues, nie odkryłam się całkowicie. Przed psychiatrą mi się to udało. To było już apogeum. Taki stan, że byłam po prostu jak zombie. Ledwo sklejałam słowa w zdania. Byłam już chyba totalnie wyzuta z emocji. Diagnoza - depresja poporodowa. Tak czułam. Choć jeszcze ciagle wydawało mi się, że TO dotyka tylko kobiet, które dziecka nie chciały, a nie takich, jak ja. Tak bardzo się wtedy myliłam.

Dostałam receptę na lek, bezpieczny podczas karmienia piersią. Zastanawiałam się, czy powinnam go brać. Ale chyba nie było już wyjścia. Mój stan się poprawiał. Trafiłam również na psychoterapię. Chciałam dowiedzieć się, jaka była przyczyna mojego stanu, pracować nad sobą.

Piszę to wszystko po to, żeby uświadomić, że depresja się po prostu zdarza, wcale nie tak rzadko i wcale nie takim osobom, o których stereotypowo się myśli. Ta choroba dotyka takich jak ja - perfekcjonistek, z planem na wszystko, niedopuszczających myśli, że coś może pójść nie tak. Depresja dotyka też tych, którzy mają po prostu biologiczną skłonność ku temu.

Mnie ta świadomość pomogła. Dzięki niej wyrwałam się z błędnego koła obwiniania się o zaistniałą sytuację. Teraz, kiedy dzięki terapii, potrafię przeżywać w pełni moje macierzyństwo, mogę powiedzieć, że ta choroba też była po coś, choć nikomu nie życzę takiego piekła. Była po to, żeby się zatrzymać, dać szansę bliskim mi osobom, by się mną zaopiekowały, by pozwolić sobie pomóc. Pozwolić sobie też na słabość, gorsze chwile. Mamy do nich prawo!

Czuję jeszcze żal. Bo mój syn nie miał mnie w pełni w pierwszych tygodniach swojego życia. Ale może dzięki temu, dzięki tej całej historii, ma mnie w pełni teraz - nieidealną, ale obecną, szczęśliwą i spełnioną mamę.

Tu znajdziecie wszystkie przydatne informacje oraz linki.