CZEGO NIE NAUCZYŁA NAS SZKOŁA? I ZA CO PŁACIMY DO DZIŚ.


Nie wiem jak Wam, ale mi do dziś śni się szkoła. W tym roku skończyłam 33 lata, a wciąż od czasu do czasu zdaję maturę lub stoję pod tablicą mnąc ze stresu bluzkę (nie pamiętam jak się dzieli w słupku!!!!) I wiecie czego najbardziej się boję? Co spędza mi sen z powiek, sprawia, że się pocę i drży mi głos, a poczucie własnej wartości spada do zera?

Boję się, że NIE WIEM. Że nie znam odpowiedzi. Że cóż z tego, że masę innych rzeczy wiem, jak tej jednej nie i właśnie ta niewiedza zaważy na tym jak zostanę oceniona. Zatem boję się również OCENY.

I teraz powiedzcie mi szczerze – czy z wiekiem udaje nam się z tego wyrosnąć?

Bo ja myślę, że nie i zaraz Wam powiem dlaczego wg mnie tak jest.

Szkoła nie uczy nas mówienia „nie wiem”. Z reguły nie uczy nas tego, że po to jesteśmy w szkole, żeby się czegoś NAUCZYĆ, a zatem,że zdobywanie wiedzy to wieloletni proces. I jak to bywa podczas trwania procesu – część rzeczy się już opanowało, a części jeszcze nie. Dlatego zawsze będzie jakieś „nie wiem”, jakaś biała karta do zapisania, jakiś materiał do opanowania. I to jest super, bo zakładam, że jeśli wiedzielibyśmy wszystko, to byśmy pomarli z nudów! Życie ze świadomością, że już nic mnie nie zaskoczy i niczego się już nie nauczę musi być okropne i smutne.

Nauczyciele sami nie są uczeni mówienia „nie wiem”. Gdy jeszcze zajmowałam się szkoleniami dla kadr pedagogicznych i wykładałam pedagogikę na UW wałkowaliśmy ten temat w kółko, bo okazywał się być jednym z większych studenckich lęków „a co jeśli w klasie padnie pytanie, na które nie będę znać odpowiedzi????” No co? Nic. Powiesz NIE WIEM. Powiesz: „jakie to jest super pytanie! Patrz, przez tyle lat pracy w szkole nikt mnie o to jeszcze nie spytał. NIE WIEM, ALE SPRAWDZĘ TO DLA CIEBIE NA NASTĘPNĄ LEKCJĘ”. Powiesz: „wow, zaimponowałaś/łeś mi tym pytaniem! Nie jest to coś z mojej dziedziny wiedzy i zainteresowań, ale myślę, że pani od chemii powinna to wiedzieć. SPYTAJ ŚMIAŁO PODCZAS JEJ LEKCJI! A wcześniej ja ją uprzedzę, że będziesz pytać”. Powiesz: „ha! Nigdy się nad tym nie zastanawiałam/łem. Jeśli uwiniemy się z lekcją sprawnie i nie będziecie gadać, to ostatnie 5 minut POŚWIĘCIMY NA WSPÓLNE POSZUKIWANIE ODPOWIEDZI NA TWOJE PYTANIE”.

Proste? Proste! Więc czemu tak się tego boimy i czemu Wam – nie pedagogom o tym piszę?

Ponieważ część z Was jest instruktor(k)ami i uczy ludzi pracy z ciałem, część z Was jest fizjo- lub osteopat(k)ami, coachami lub innymi specjalist(k)ami i założę się o wszystko, że zdarza Wam się usłyszeć pytanie, na które nie znacie odpowiedzi. • Jak się wtedy czujecie i jaka jest Wasza reakcja? • Czy towarzyszy Wam obawa, że niewiedza akurat w tym zakresie (przy jednoczesnym posiadaniu ogromu wiedzy w innym) zdyskwalifikuje Was - jako specjalistów - w oczach pytających? • Czy zdarzyło Wam się udzielenie mętnej odpowiedzi, żeby tylko cokolwiek odpowiedzieć, w obawie przed negatywną oceną? Piszę to również dlatego, że masa z Was tu obecnych to osoby uczęszczające na różne zajęcia ruchowe i pewnie zadające od czasu do czasu prowadzącym jakieś pytania. I bardzo dobrze! Ale zastanówmy się czy nie jest tak, że jako klienci wymuszamy czasem odpowiedzi na naszych instruktorach w myśl zasady „płacę – wymagam”? • Czy nie odzywają się w nas echa szkoły i nie myślimy sobie „łe, jak nie wie, to co to za specjalista od siedmiu boleści”? • Czy nie wolimy usłyszeć jakąkolwiek odpowiedź, niż szczere stwierdzenie „tego nie wiem, a nie chcę przekraczać swoich kompetencji, bo to może być dla Was niebezpieczne, ale wiem do kogo odesłać po więcej wiedzy”? • Czy nie patrzymy czasem na tych instruktorów z pierwszych stron gazet i youtube jak na guru, oczekując od nich wszechwiedzy i tego, że ułożą nam życie („dzięki tym treningom schudniesz, znajdziesz męża, seks będzie lepszy, a i może pracę uda ci się zmienić”;)?

Pamiętam jak na początku mojej pracy z miednicą wrzuciłam na FB zdjęcie z biblioteki z podpisem, że przepadłam w książkach dla fizjoterapeutów i położnych na cały dzień żeby jeszcze się czegoś DOUCZYĆ dla siebie i Was i mój mąż wyraził obawę, że nikt nie jest gotowy żeby dowiedzieć się, że pani instruktorka nie wie WSZYSTKIEGO. Uznałam wtedy, że absolutnie nie mam na takie myślenie zgody i nie chciałabym sama zapędzić się w kozi róg, z którego nie będę mogła się wychylić żeby pójść na cenne szkolenie po nową wiedzę, bo zaraz ktoś powie „no ale jak to? To ona pracuje z ludźmi, a wciąż się doszkala? To do tej pory pracowała nie wiedząc czegoś?”

Tl;dr Ten wpis jest o tym, że zawsze będzie jakiś obszar, który dopiero będzie do zeksplorowania, jakieś szkolenie do odbycia, książka do przeczytania. Zawsze też ktoś może zadać nam pytanie z dziedziny, która po prostu nie jest naszą – ja się nie znam na treningach cardio, nie odchudzę klientki, ale wiem do kogo ją wysłać. Nie stawiam też diagnoz, więc jeśli pytanie z zakresu miednicy jest stricte ginekologiczne, to nie będę zmyślać, tylko odeślę do specjalisty – właśnie dlatego, że dbam o Wasze zdrowie i nie znoszę się wymądrzać wbrew pozorom;)

A jako klientka czy pacjentka znacznie bardziej ufam komuś, kto otwarcie mi powie – „na to pytanie pani nie odpowiem, bo to nie moja dziedzina, więc wolę panią skierować do kogoś bardziej kompetentnego”. Czuję wtedy, że jestem traktowana po partnersku i uczciwie. Wolę takiego lekarza/trenera/fizjoterapeutę niż bufona, który ryzykuje moim zdrowiem, bo nie chce się przyznać, że czegoś nie wie.

A poza tym nie traktujmy wszystkich, którzy się wypowiadają publicznie jak chodzące skarbnice wiedzy tajemnej, bo z reguły nie warto. Nikt nie wie wszystkiego, nikt nie jest nieomylny, ani zawsze w formie psychicznej i fizycznej.

Ja też nie, więc macie święte prawo totalnie się ze mną nie zgodzić, olać ten wpis i robić po swojemu ;)